piątek, 19 lutego 2016

Seria 3:"Buntownicy" Rozdział 5: "Akt 1 Scena 1: Broń"

Wygląd pomieszczenia uległ ogromnej zmianie. Czerwone fotele zapadły się pod ziemie, a reflektory zabłysły potężnym światłem oślepiając mnie. Nie było nic słychać, ani widać, a w końcu ustąpiło rażące światło. Całe pomieszczenie było białe i bardzo przestrzenne. Nie było w nim nic, oprócz gablot po przeciwnych stronach pomieszczeniach. Te za mną były puste, a przede mną wypełnione bronią. Były szczelnie zamknięte, jednak nie było widać żadnych klamek, którymi można by otworzyć drzwiczki.
-Gotowa?
Szybko odwróciłam się słysząc za sobą głosy, ale nikogo tam nie było. Odetchnęłam z ulgą, a zarazem spięłam wszystkie mięśnie. Nie podobała mi się ta sytuacja i zaczynałam się denerwować.
Poczułam dotyk na ramieniu i czyjś oddech na karku.
-Czy jesteś gotowa?
Wyszarpnęłam się z uścisku i spojrzałam na swoją przeciwniczkę. Jej strój uległ zmianie i stała teraz w czerwonym kombinezonie przeznaczonym do trenowania. Skóra dalej była trupioblada, ale tym razem było widać pod nią lekki zarys mięśni. Włosy przedtem długie, czerwone i związane w warkocza był krótko ścięte. Twarz, która przerażała była młoda i podekscytowana.
Wyglądała na zupełnie inną osobę, lecz ja i tak wiedziałam, że to ona. Tego chłodu w jej głosie nikt by nie umiał podrobić.
-Tak.-powiedziałam pewnie, a ona odsunęła się ode mnie na jakieś pięć metrów.
-Wspaniale.
Kobieta potrząsnęła dłonią i znalazł się w niej mały pistolet. Sięgnęłam dłonią do mojego znamienia, rozdrapując starą ranę, jednak nic nie nastąpiło. Krew spokojnie spływała po moich plecach i ramieniu. Szeroko otworzyłam oczy, patrząc przerażona na moją przeciwniczkę.
-No tak! Zapomnieliśmy wspomnieć, że swoją pierwszą broń, również musisz zdobyć.-zaśmiała się głośno i donośnie, tak że powstało słyszalne echo.
Nie dała mi czasu na odpowiedź, tylko wystawiła broń przed siebie próbując wycelować. Nie myśląc rzuciłam się na ziemię, zaraz gdy usłyszałam dźwięk wystrzału. Kula przeleciała nade mną, jednak zamiast uderzyć w ścianę i następnie upaść ta odbiła się od niej i leciała prosto na mnie. Nie zdążyłam zareagować, gdy ta zatopiła się w mojej łydce. Krzyknęłam głośno z bólu i zaskoczenia.
-Musisz być szybsza.-mój przeciwnik uśmiechnął się do mnie i posłał kolejną kulę. Odbiłam się od ziemi, ale pocisk ponownie odbił się od ziemi i trafił mnie w lewe udo. Upadłam na kolana, czują jak bardzo trzęsie się moje ciało. Spojrzałam na nią z nienawiścią, a ona szerzej się uśmiechnęła.
-Bardzo wolno składasz fakty. Mamy dać ci czas?-spytała z udawaną litością. Zdusiłam w sobie jęk bólu i uniosłam się patrząc jej prosto w twarz.
Wyciągnęła ona pistolet prosto przed siebie, celując w moją głowę. Ruszyłam biegiem w stronę gablot, ale czułam na sobie jej czujne oko. W końcu nastąpił dźwięk strzału i ból w moim ramieniu. Upadłam, tarzając się po ziemi. Rana mocno piekła i ze łzami w oczach dotknęłam jej. Na mojej dłoni było pełno ciemnobordowej cieczy. Jeśli uszkodziła mi tętnicę to w tym tempie będę zaraz leżała zimna na ziemi. Wstałam ponownie i czekałam. Nastąpił wystrzał, który udało mi się ominąć. Za chwilę powinien zderzyć się ze ścianą, więc  zaczęłam biec przed siebie. Prosto na mojego wroga. Ona zdezorientowana przyglądała się moim poczynaniom, a ja w tym czasie stanęłam tuż przed nią. Usłyszałam ciche stuknięcie i kula zaczęła wracać. Wytężyłam wszystkie zmysły i po upłynięciu 5 sekund padłam na ziemię.
Moja przeciwniczka wydała dziwny okrzyk zdziwienia, a następnie warknęła, gdy kula trafiła w jej brzuch.
Nie czekając na wiele ruszyłam przed siebie. Zostawiałam czerwone ślady, na białej, śliskiej posadzce. Uśmiechnęłam się lekko, gdy poczułam mocne uderzenie w twarz. Zarzuciło mną na bok i odruchowo dotknęłam twarzy. Przy prawym oku płynęło dużo krwi, a czerwonogłowa zaśmiała się cicho.
-Skończyły się naboje.-powiedziały donośne głosy i broń, którą trzymała w dłoni zniknęła.-Może przejdziemy do walki w ręcz? Mamy ochotę cię zabić własnymi rękoma.
Ruszyła powolnym krokiem w moja stronę, a ja przyjęłam pozycję obroną. Ostatnie uderzenie było potężne i nie byłam pewna czy moje ataki coś wskórają.
Zaczęła atakować. Na początku ataki się powtarzały. Prawa, lewa, prawa, prawa i znowu lewa. Tak w kółko, a ja z łatwością odpierałam te ataki. Ramiona mocno mnie bolały, a moja przeciwniczka szybko się odkręciła uderzając mnie nogą w prawy bok. Zgięłam się w pół i wyplułam kałuże krwi. Cios był tak silny, że poczułam jak łamały mi się niektóre żebra. Nie czekała na mnie. Kopnęła mnie w twarz tak, że musiałam ją odrzucić do tyłu. Złapała za moje włosy unosząc mnie w górę i rzucając mną o ścianę. Stykając się z twardą powierzchnią zabrakło mi powietrza i zakręciło mocno w głowie. Próbowałam wstać, ale wszystkie moje próby schodziły na marne. Widziałam przez zamazany obraz jak kobieta zbliża się do mnie. Czy to mój koniec?
Chciałam wstać, ale kolejne uderzenie dosięgło mnie. Pięść wbiła się w mój brzuch, wydając zduszony okrzyk. Krew mocno zabarwiała moje ciało, a ja nie miałam siły.
-Chyba wygraliśmy.-uśmiechnęła się i zaczęła iść w stronę nowo pojawionych się drzwi.
Jej obcasy zostawiały dźwięk stukoty, który niósł się po całym pomieszczeniu. Mocno mnie mdliło i znalazłam ukojenie przy chłodnej szybie. Oparłam o nią głowę i odetchnęłam z lekką ulgą. Łzy toczyły się po mojej twarzy zostawiając mokre ślady. Włosy opadały mi na twarz zasłaniając moje pole widzenia.
To był mój koniec. ale lepiej chyba zginąć, gdy próbowało się wszystko naprawić, niż zginąć, bez próbowania zapobiegnięciu temu.
Szyba była zimna i skraplały się na niej krople z pary bijącej od mojego ciała. Spojrzałam na nią kątem oka i za czerwoną plamą stworzoną z mojej krwi ujrzałam nóż. Wyglądem przypominał ten jaki znajdziemy w kuchni tyle, że ten był większy i szerszy. Dotknęłam szkła, a to stworzyło dużą dziurę pod moim dotykiem. Sięgnęłam po broń i mało co nie krzyknęłam z euforii.
Czerwono włosa trzymała dłoń na klamce, gdy rzuciłam nożem prosto w jej serce. Kobieta fuknęła i odwróciła się z nienawiścią patrząc na mnie. Ostrzę wbiło się centralnie w ramię przybijając ją do drewna. Cóż nie byłam świetna w rzucaniu do celu. Uniosłam się powoli i ruszyłam w jej stronę.
-Jednak będziesz musiała spędzić jeszcze trochę czasu w moim towarzystwie.
~*~
Drzewo pod którym siedzieliśmy rzucało na nas cień. Niebo było bezchmurne, a słońce przyjemnie grzało. Byłem oparty o pień, a przede mną siedziała Hilegarda. Mimo, iż zawsze była ubrana w to samo, dziś wyglądała piękniej. Była radosna i rozkwitała z każdym nowym uśmiechem. Oczy, które zawsze były zimne, dziś tliły również iskierkami szczęścia.
-Dziś, będę cię uczyć czytać mi w myślach.-uśmiechnęła się, a skóra przy jej oczach lekko się zmarszczyła.
-Oczywiście ja pozwolę ci na to. Zdejmę wszystkie blokady i dam ci dostęp do mojego umysłu. Gdy się tego nauczysz, będziesz mógł spokojnie czytać w myślach ludziom. Trudniej będzie z demonami. My tworzymy blokady, by nie zostać zahipnotyzowani. Wasz głupi gatunek jeszcze niestety na to nie wpadł.-zaśmiała się przyjemnie i bardzo dziewczęco.
Patrząc dziś na nią widziałem, młodszą od siebie dziewczynę. Głupio zakochaną nastolatkę, która mogła mieć jakieś piętnaście lat.
-Dlaczego jesteś dziś taka szczęśliwa?-spytałem szeroko się uśmiechając. Jej humor oddziaływał na mnie.
-Żadnych pytań. Dowiedz się sam.
-A jak tego dokonać?-spytałem cicho.
-Wyobraź to sobie. Niektórzy wyobrażają sobie zamknięte pomieszczenie do którego potrzebują kluczy. Jest to bardzo łatwy do opanowania sposób. A teraz skup się.
Zamknąłem oczy i starałem się wyciszyć na otaczający mnie świat. Na wiatr, który nas otaczał. Na światło słońca przebijające się przez liście.
Przed sobą widziałem dom. Nie wiem jak tu się znalazłem, ale on po prostu stał przede mną. Zrobiony z drewna, stary, podniszczony i wielki. Mimo to współgrał z otoczeniem, którym była zielona, kwiecista łąka.
Podszedłem, a raczej podbiegłem do drzwi. Mocno szarpnąłem za drzwi, które ani drgnęły. Okna, które przedtem były zabite deskami, teraz były dostępne. Starałem się je otworzyć, ale nic to nie dawało.
Na parapecie stały kwiaty w doniczkach. Wyrwałem jednego i zacząłem uderzać twardą cegłą o szybę. Nie zostawiło nawet rysy.
Wyobraź sobie klucz.
Głos Hilegardy buł donośny i słyszałem go w mojej głowie. Czyżby ona sama czytała mi teraz w myślach?
Nie Jacob! Musisz się skupić-zbeształem się w myślach. Tylko jak mam stworzyć coś z niczego. Stworzyć klucz idealny do tych konkretnych drzwi.
Wyciągnąłem dłonie przed siebie i liczyłem, że pojawi się w nich klucz. Nic takiego, jednak się nie stało. Oparłem się o parapet zdesperowany.
Powiedzmy sobie szczerze, magikiem to ja jestem do dupy. Zawsze myślałem schematycznie. Nie widziałem celu w wykraczaniu poza schemat. Zawsze istniały rozsądne rozwiązania tylko trzeba się zastanowić w spokoju.
Ale jak być spokojnym, gdy masz cel, do którego dążysz nie mogąc marnować czasu! Przecież miałem zebrać naszą ekipę całą! Mieliśmy być razem. Sayaka, Lili, Daiki, Neko.... Dlaczego nie nauczył mnie więcej? Był najbardziej pozaschematową osobą jaką znałem. Zamiast zabić demona, wytresował go. Zamiast nosić maski, zignorował ten fakt. Założę się, że nawet nie zamykał domu. Mógłby chociaż zostawić klucz pod wycieraczką.
Wycieraczką!!!
Z nadzieją i głodem podniosłem materiał, a pod nim zobaczyłem srebrny klucz. Otworzył drzwi, które lekko zaskrzypiały.
Wnętrze domu było jasne i bogato zdobione. Znajdywałem się w holu, a przede mną były dwie pary drzwi. Na jednych pisało prywatne i były zamknięte na kłódkę. Jednak nie zdjęła wszystkich blokad, ale jak najbardziej to uszanowałem. Na drugich nic nie pisało i same się przede mną otworzyły.
Spojrzałem na nie zaintrygowany i pewnie przeszedłem. Co zabawne dalej byłem w holu, ale miałem na wprost siebie tylko jedne drzwi. Obok nich był domofon, nad którym pisało "Rok".
O jaki  rok chodziło? O nasz aktualny?
Wpisałem obecny, a drzwi otworzyły się. Tym razem ujrzałem pomieszczenie. W centrum pokoju był stolik i kanapa, dla przynajmniej trzech osób. Ściany w barwie białej, z dużymi oknami, z widokiem na łąkę. Na ścianach było mnóstwo ramek na zdjęcia. Rozpoznałem kilka z nich. Na jednej byłem ja w jeziorze, a na tej obok ja siedzący pod drzewem z zamkniętymi oczami. Wczoraj i dzisiaj. Czy są tu zdjęcia z każdego dnia w tym roku?
Tak.
Odwróciłem się, lecz nikogo tam nie było. Czyżby tak właśnie wyglądało czytanie w myślach?
Tak.
Podskoczyłem przerażony. To nie było przyjemne. Ale postanowiłem poznać odpowiedź na dręczące mnie pytanie i wrócić.
Dlaczego jesteś dziś taka szczęśliwa?
Mam urodziny i nie jestem sama.
Wtedy coś jakby mnie pociągło. Byłem wyciągany siłą z budynku. Mijałem drzwi, które zamykały się z hukiem i na kłódki.
Otworzyłem szeroko oczy i uderzyła mnie ciemność z chłodem. Objąłem ramiona i spojrzałem na gwieździste niebo. Przecież jakieś pięć minut temu świeciło słońce.
Hilegarda objęła moją twarz w swoje dłonie i otarła pot z mojego czoła.
-I? Jak odpowiedź?-spytała zaciekawiona?
Spojrzałem na jej czerwone oczy, w których głębi płonął ogień.
-Wszystkiego najlepszego.-powiedziałem, a ona mocno mnie przytuliła.
Poczułem zapach lasu, dymu i czegoś charakterystycznego dla niej samej. Oderwała się ode mnie z szerokim uśmiechem i podała butelkę wody. Krzywo spojrzałem na nią, przypominając sobie ostatni napój jaki sporządziła mi demonica.
-To normalna woda.
-Jak długo mnie nie było?-spytałem dziwnie wysokim głosem. Odchrząknąłem i popiłem wodą.
-Nie było cię cztery godziny.-powiedziała spokojnie, a ja wyplułem napój na swoje kolana.
-Cztery?!-wykrzyknąłem.
-Początkowo nie odczuwasz upływającego czasu. Ale nauczysz się. W końcu musisz zjeść poniżej trzech minut nie odpływając.
~*~
Niebo byłe pełne gwiazd. Lśniły oświetlając cały mrok. Przed nami było wysokie ognisko, a ludzie śpiewali radosne piosenki, opowiadające o bohaterach, legendach i stoczonych walkach.
Niektórzy tańczyli dziwny taniec, a inni malowali twarze towarzyszom. Uroczystość dopiero się zaczęła, a noc jeszcze długa.
Ludzie zbierali się, prowadząc głośne rozmowy i śmiejąc w niebogłosy. Noc była upalna, z resztą jak i dni. Dostaliśmy nowe, białe i przewiewne ubrania. Składały się z rybaczek i koszulek na krótki rękaw. Nasze buty zostały spalone. To takie idiotyczne. To miasto w ogóle nie poczyniło żadnych postępów w ewolucji i cywilizacji świata.
Przekląłem pod nosem, a mój towarzysz spojrzał na mnie z grymasem na twarzy.
-Przepraszam.-powiedział głośno, ale ledwo go dosłyszałem przez szum panujący wokoło.
-Za co?-spytałem marszcząc brwi.
-Przeze mnie umrzesz. Skazałem cię na śmierć. Wybacz Neko, ale...nie wiem jak nas wyciągnąć z tego gówna!
Z Daikim byliśmy inni. On zamiast martwić się, denerwował się i krzyczał. Ja zamykałem się w sobie i przypominałem przeszłość. Różniliśmy się od innych. Może dlatego nasze życie było tak bardzo popieprzone.
-Nie musisz przepraszać, bo nie zdążę zginąć. Wcześniej sam się zabiję. To miasto za bardzo przypomina mi matkę.
Spojrzał na mnie ze spokojem wymalowanym na twarzy, a ja zacisnąłem mocniej pięści.
Wszystko było jak ona. Zawsze ciepło, zawsze pełna radości, nigdy nie widziała problemów.
-Mam cię pilnować?-spytał z powagą.-Będziesz mieć ataki?
-Bardzo możliwe.-szepnąłem i poczułem jak moje soczewki reagują na ogień.-Po prostu bądź przy mnie, dobrze?-spojrzałem mu prosto w oczy i uśmiechnąłem się lekko. Ten pacan był ostatnią, najbliższą osobą jaka mi została.
-Twoje oczy się błyszczą.-szepnął cicho.
-Lepszego podrywu nie miałeś.-odwróciłem głowę, zagryzając wewnętrzną stronę policzka.
-Miałem. Znaczy nie!! One po prostu się strasznie błyszczą.
-To przez soczewki, powinienem je zdjąć.-powiedziałem i sięgnąłem do oka.
Tsukaro odwrócił głowę i skrzywił się lekko. Zawsze brzydziło go, Kierena i Lili, gdy to robiłem.
-Już.-oznajmiłem po zakończeniu czynności.
Uśmiechnął się do mnie i powiedział coś cicho i się zarumienił. Prosiłem by powtórzył, ale nie zrobił tego.
Patrzyliśmy w ogień przed nami. Większość już miała pomalowane na niebiesko twarze i tańczyła dziwaczny taniec.
-Neko!
Odwróciłem głowę w stronę pisku i ujrzałem gadatliwą brunetkę, która ruszyła w moją stronę.
-Jednak zostałeś! Wspaniale! Będziemy mogli się lepiej poznać.-oznajmiła szeroko się uśmiechając. -Jesteś jeszcze nie pomalowany, a akurat mam farbę. Co za świetny zbieg okoliczności-zaśmiała się wysokim głosem.
Zamoczyła palec w niebieskiej mazi i poczułem mocne obrzydzenie.
-Wybacz, ale jestem uczulony-skłamałem lekko-Ale on nie-wskazałem  na uśmiechającego się do tej pory czerwonookiego.
Ku mojemu zaskoczeniu nie kłócił się tylko pozwolił malować jej po swojej twarzy. Kątem oka widziałem jak co chwilę zerka w moją stronę, a potem szybko odwraca wzrok.
-Skoro teraz możemy spokojnie porozmawiać mam do ciebie mnóstwo pytań. Przykładowo przechodziłam już test na bycie naznaczonym i wyszedł on negatywny. Powiem szczerze myślałam, że już po mnie. To okropne!! Była pewna, że będę jedną z tych osób co doświadczą przygód i nic. Dalej tu jestem. Dlatego mam pytanie. Jest jakaś możliwość, że można coś zrobić by moja krew zaczęła mieć predyspozycje do bycia bronią? Bo tak dosłownie tego potrzebuję w moim życiu.-spojrzała na mnie z nadzieją, a ja nie miałem zamiaru ukrywać prawdy. W końcu i tak zginiemy.
-Jest jeden sposób. Jednak zajmuje on miesiące i jest bardzo bolesny. Tyle czasu akurat nie mamy.
-A no tak!-wręcz wykrzyknęła-Musicie niedługo odejść, bo inaczej przybędą demony.
-Raczej nie dlatego-wtrącił się Tsukaro-Opętany starzec zamknął wyście. Cała wioska zostanie zabita.
Dziewczynie zaszkliły się oczy. Otworzyła szeroko usta wydając cichy jęk. Chciała odbiegnąć, ale złapałem ją za dłoń nie pozwalając jej się ruszyć. Spojrzała na mnie z odrazą, a następnie mocno mnie przytuliła. Objąłem ją ramieniem i pozwoliłem nam tak trwać.
Ludzie którzy obok nas przechodzili posyłali nam znaczące spojrzenia. Zignorowałem je, starając się skupić na znalezieniu odpowiedniego rozwiązania z tej sytuacji. Na pewno nie pomagała w tym rozpłakana dziewczyna, którą trzeba było pocieszyć.
Niesiesz śmierć.
Rozejrzałem się szybko wstając. Dziewczyna prawie upadła na ziemię, gdy w ostatniej chwili złapał ją mój towarzysz.
-Neko?-spytał niepewnie.
Zginą przez ciebie
Znałem ten głos za dobrze. Ciepły, a wypełniony nienawiścią.
-W porządku?-spytała brunetka dotykając mojej nogi, ale wtedy ujrzałem ją. Stała przede mną w długiej spranej sukience. Jej rude loki, okrywały jej twarz, jednak zdołałem dojrzeć puste spojrzenie.
Cofnąłem się do tyłu, potykając o przyniesiony do siedzenia pień.
Ona nie żyje. Ona nie żyje.-powtarzałem w myślach.
Mulatka podbiegła do mnie z przestrachem wymalowanym na twarzy i podała mi swoją małą, drobna dłoń. Chwyciłem ją i stojąc spojrzałem ponownie przed siebie.
Skoro nie żyje to dlaczego tam stoi?
Pchnąłem dziewczynę na ziemi i ruszyłem w stronę rudowłosej. Ludzie krzyczeli usuwając mi się z drogi.
Zabijesz ich tak jak mnie.
Patrzyłem jak stanęła w ogniu, a on ją pochłaniał. Nie, nie, nie!!
-Nie!!!-rzuciłem się przed siebie, gdy czyjeś ciało odepchnęło mnie na bok. Zacząłem się wyrywać. Muszę ją uratować.
-Uspokój się!-słyszałem głos ale jak za mgłą. Przed sobą widziałem jej ciało spowite w płomienie i krzyk wołający o pomoc.
-Spójrz na mnie.-wołał głos tak bardzo znajomy.-Otwórz oczy i patrz na mnie.
Nie chciałem tego robić. Nie chciałem jej ponownie widzieć. Nie chciałem tego ponownie przechodzić.
-To tylko ja, Daiki. Jestem przy tobie.-oznajmił ciepły głos.
Lekko uchyliłem powieki, by dostrzec czerwone oczy. Dookoła zebrało się pełno ludzi patrzących na mnie z przestrachem.
-Ona żyje.-szepnąłem cicho.
Ciepły dotyk dłoni na czole i spokojny głos.
-Nie ma jej tu.
Chciałem się kłócić, ale nie miałem siły. Powtarzałem w głowie tylko jedno słowo: wróciła.
~*~
Ana i Echo patrzyły na mnie z odrazą od samego ranka. Wciąż powtarzając ten sam tekst: jak możesz? to byli twoi towarzysze!
To proste. Osoby, które cię zdradziły nigdy nie były twoimi towarzyszami. Chcieli tylko coś uzyskać. Siłę, pieniądze, wpływy. Wszystko co chcieli.
-Pokażesz mi mapę?-zwróciłam się do czarnowłosej.
Ta z niechęcią wręczyła mi przedmiot i przysunęła się bliżej.
-Ten las jest ponoć obecnym terytorium Buntowników-wskazała palcem- My znajdujemy się tutaj, a po drodze są tereny nam zakazane. Ziemie, które przysługują Samotnikom. Gdy na nie wtargniemy wywołamy konflikt, dlatego najlepiej ruszyć w przeciwną stronę od naszego celu i podążać z prądem rzeki. To najbardziej bezpieczna droga.
Spojrzałam na nią trwając w głębokim zastanowieniu.
-O ile wydłuży się nasz misja czasowo?
-Jakieś dwa tygodnie-wtrąciła się Echo, spoglądająca mi przez ramię na papier.
-Za dużo czasu.-zacisnęłam mocniej dłonie, spoglądając na moje towarzyszki-Ich baza ciągle się przemieszcza. Gdy tam dotrzemy już ich nie będzie.
-Jeśli ruszymy przez terytorium Samotników, daleko nie zajdziemy. Jesteśmy we trzy plus jedna z nas to Pani Kapitan. Nas zabiją, a ciebie sprzedają, tylko nie wiadomo, której stronie.
-Buntownikom.-oznajmiłam pewnie.-Każdy chce zająć moje miejsce, a osoby które darzą mnie jakąkolwiek sympatią są na misjach.
-Możemy się przebrać. Załatwić maski, rozdzielić się i spotkać w ustalonym miejscu za jakiś tydzień.-zaoferowała blondynka.
-To zbyt ryzykowne.-westchnęłam i rozejrzałam się dookoła. Las był gęsty i wysoki, łatwo się w nim ukryć. Ale te ziemie są nam nieznane. Nie wiemy, gdzie zostały poustawiane pułapki, ani domowiska demonów. Gdyby był tu Neko, było by łatwiej. Samotnicy dostają informacje dotyczące takich spraw. Zawsze mogłyśmy wyruszyć i poprosić go o pomoc.
Spojrzałam na mapę i zaznaczyłam palcem, mały obszar.
-Ile by zajęło nam dotarcie tam?-spojrzałam wyczekująco.
-Sądzę..-zaczęła Ana-Jakieś dziesięć maksimum trzynaście dni.
-Droga prawie równa tej to rzeki.-Davis mówiąc to przygotowała swój pistolet i spojrzała w stronę ziemi Samotników-Chyba nie mamy innego wyjścia.
Spojrzałam jeszcze raz na mapę i na otoczenie. Wpadłam wtedy na głupi pomysł, który nas lekko spowolni, ale będzie lepszy niż każdy z zaoferowanych.
-Będziemy przemieszczać się po drzewach.
Spojrzałyśmy po sobie z zainteresowaniem i w momencie, gdy Ana krzywo się uśmiechnęła ruszyłyśmy w stronę naszego celu.

czwartek, 31 grudnia 2015

Żegnaj 2015, Witaj 2016!

   Ostatni dzień i ostatni post w tym roku. Chciałam wam przekazać, że świetnie minął mi ten roku z wami na limicie. Wasze komentarze mocno mnie wspierały oraz szkoliły. Porównując pierwsze rozdziały do obecnych jestem dumna z moich postępów. Dziękuję wam za to, że jesteście tu ze mną i uczestniczycie w tej historii. Jesteście najlepsi!!!
   Życzę wam dobrego nowego roku, by ta noc była niezapomniana i 2016 był jeszcze lepszy. Jestem beznadziejna w składaniu życzeń, ale chcę dla was jak najlepiej. Do zobaczenia w 2016 :*

czwartek, 24 grudnia 2015

Seria 3:"Buntownicy" Rozdział 4:"Baśnie, legendy"

   Wiesz co jest niesamowite w nocy? Strach i spokój, który w nas budzi. Niektórzy  co chwile oglądają się za siebie, inni zaś patrzą w niebo ze spokojem obserwując gwiazdy. Noc jest dla niektórych nieunikniona, inni wyczekują jej. Nocne życie na które przystaje coraz więcej ludzi. Mówią o niesamowitej ciszy, spokoju i nocnym niebie. Ludzie kochają noc.   Ale ja się jej bałam.
   Wolałam unikać ciemności i ciszy. Czułam się bezpieczniej w ruchliwym mieście, niż spokojnej wsi. Wolałam zasypiać słysząc rozmowy ludzi. I nie budząc się w nocy. Wstając, gdy głosy znowu będą wokół mnie, a światło wszystko dokładnie mi oświetli.
   Teraz noc była dla mnie błogosławieństwem. Marzyłam o tym by trwała jak najdłużej. Gdy zamykałam się w namiocie, wiedziałam, że dziś już nie zginę. Że nikt nie dowie się o moim sekrecie. Chciałam być bezpieczna jak najdłużej. A gdy słońce oświetlało niebo błagałam by nikt nie odkrył mnie. Bym przeżyła kolejny dzień. W nocy Zoe trenowała mnie jak się ukryć, a za dnia Kieren był coraz bliżej by mieć powód do zabicia mnie. Noc była najcudowniejsza w moim obecnym życiu.
Zdaje mi się, że jesteśmy już wystarczająco daleko- westchnęła Zoe.
   Musiałyśmy oddalać się jak najdalej na nasz trening by nie zwabił on nikogo. Przeważnie ruszałyśmy nad daleki staw, który już dawno został opuszczony. Przy jego brzegach leżały stare siecie rybackie i butelki. Pomost był poniszczony i chwiał się mocno przy każdym ruchu wody.
   Zoe wstrząsnęła dłońmi sprawiając, że różowy płomień objął jej ciało. Jej oczy mocno świeciły się w nocy sprawiając straszny obraz.
   Przygotowałam swoją katanę. Spojrzałam na nią z nadzieją, że może jakoś się zmieniła, ale zawiodłam się. Nasza przemiana nie poszła po myśli tak, więc same musimy stworzyć pozory.
-Twoja broń formuje się z krwi. Naznaczony mający potężną siłę woli potrafi zmieniać jej kształt. Potrafi zmienić nóż w pistolet, kose w nożyczki. Potrafi także wykorzystać swoją krew jako wodę, ogień. Uczą się tego przez lata. Jest to niesamowicie trudna, a zarazem potężna technika. Wielu próbowało jej się nauczyć, jednak polegli za swoimi małymi błędami. Ja znałam tylko jedną osobę, która potrafiła tak walczyć. Poznałam go, gdy byłam mała. To było jakieś kilkaset lat temu. Koło mojej rodzinnej wioski osadził się Samotnik. nie czuliśmy zagrożenia z jego strony, ale nie widzieliśmy też celu w zabiciu go. W końcu miał typową maskę na twarzy i wiedzieliśmy, że nikomu nie przekaże informacji o naszej lokalizacji. Razem z bratem lubiłam obserwować jego treningi. Robił to na polanie otoczonej drzewami. Przed sobą miał przytaszczony pień drzewa, związane siano tworzące posturę przypominającą człowieka, a na drzewach namalowane krzyżyki. Był niesamowicie potężny. Pozwalał nam obserwować swoje treningi. Zawsze zaczynał od pnia. Jego bronią były rękawice za pomocą których potrafił przebić dłonią cały pień. Tak bardzo silny. Niszczył go dopóki zostały tylko trociny. Potem rzucał z całej siły rękawice na ziemie, które przed jej dotknięciem znikały, a w jego dłoni pojawiał się pistolet. Z celnością i szybkością trafiła w każdy z krzyżyków. Pod koniec rzucał pistolet za siebie. Znikał on, a przy sobie miał katanę, którą niszczył imitacje człowieka. Po chwili przed nim leżały tylko trociny zmieszane z sianem. Patrzył na to z uśmiechem, a jego broń ponownie zniknęła. Wyciągnął rękę przed siebie, a z dłoni wyleciał strumień ognia palący wszystko. Uciekłam z bratem. Więcej nie widziałam tego mężczyzny. Zniknął. Jednak to wspomnienie zostało ze mną na zawsze. Zamierzam nauczyć cię tej techniki choć w małym stopniu.
   Laupr podszedł do mnie i wyciągnął rękę nad którą unosiła się różowa kula.
-Najłatwiej jest się tego nauczyć z zamkniętymi oczami. Musisz wyobrazić sobie swoją krew, która formuje się w katanę. Następnie wyobraź sobie jak ponownie broń zmienia się w krew, a potem tworzy kształt zupełnie innej broni, z zupełnie innymi technikami. Jeśli dobrze się skupisz i naprawdę tego zapragniesz oddziałując na krew siłą woli, ulegnie ci ona i posłucha. Nie jest to jednak łatwe. Naznaczeni mają ją przystosowaną do walki. Ma ona przybierać jeden kształt i mieć podstawowe techniki. Będzie ona się bronić przed twoimi rozkazami, ale to ty władasz nią. Nie zapomnij tego. A teraz spójrz.
   Kula w jej dłoni urosła i lekko się obracała. Zoe zamknęła dłonie i po chwili różowy płonień wzniósł się do góry tworząc różowy miecz. Kobieta zacisnęła dłoń na jego rękojeści, a on zmienił się w długi bicz.
-Spróbuj.- rzekła demonica i usiadła po turecku na mokrej ziemi.
   Zamknęłam oczy i całkowicie oddałam się mojej wyobraźni. Wokół mnie było ciemno. Powoli światło się zaświeciło oświetlając wszystko wokół mnie. Znajdywałam się w nowoczesnym teatrze. Byłam przywiązana do czerwonego fotela, a reszta z nich była złożona. Nikogo ze mną nie było. Loże znajdujące się w górze były oszklone i opuszczone. Podświetlany sufit zgasł, a reflektory skierowały biały promień światła na scenę. Czerwona kurtyna powoli się rozsuwała ukazując prostokątny szklany pojemni obity metalowymi wzorami. W środku była brunatna ciecz. Zdezorientowana rozglądnęłam się wokół siebie, gdy światła zaczęły szybko migotać. W oddali słychać był grające skrzypce i organy wprawiające w mroczny nastrój. Zacisnęłam dłonie mocniej na fotelu i zwróciłam wzrok na scenę. Ciecz w pojemniku gwałtownie obijała się o ściany pojemnika, jakby chciała uciec. Wyglądało to jakby coś sprawiało jej ogromne cierpienie i krzyczała w agoniach.
   Momentalnie wszystko ucichło. Muzyki nie było słychać, reflektory przestały migotać, krew znowu się nie ruszała. Poczułam się zaniepokojona, a przerażenie we mnie narastało. Jedna z szyb otwierała się powoli skrzypiąc niesamowicie. Poczułam łzy płynące po moich policzkach. Wszystko wprawiało mnie w ogromny strach i chciałam tak bardzo uciec. Brunatna ciecz wypłynęła na środek sceny, pojemnik zniknął. Krew zaczęła formułować postać. Niekontrolując siebie zaczęłam krzyczeć i płakać najgłośniej jak potrafiłam. Próbowałam wyszarpać się z fotela, ale na marne.
   Światło zgasło i byłam niesamowicie przerażona. Zostałam z tym czymś sama. Próbowałam się uspokoić, ale moje nerwy tylko mocniej krzyczały o uwagę. To koniec.
   Reflektory tym razem czerwonym promieniem oświetliły postać. Była to kobieta wysoka i szczupła. Widać było jej kości, na które została zarzucona skóra. Miała długą czerwoną suknie balową zakończoną ostrzami. Włosy równe czerwone zawiązane w warkocza, a na czubku głowy miała czarną koronę.
-Proszę, proszę. Któż to nas odwiedził. W końcu możemy odegrać dla kogoś przedstawienie.-uśmiechnęła się szyderczo, a z jej buzi wypłynęła krew. Otarła ją kościstą dłonią.
   Jęknęłam głośno, już nie starając się powstrzymywać łez.
-Wzruszyło cię nasze wejście? Jak uroczo.-kobieta mówiła o sobie w trzeciej osobie co było niesamowicie dziwne, jednak po chwili zauważyłam, że gdy mówi słychać kilka głosów.-Zapewne żałujesz, że chciałaś nas ujarzmić. Pragniesz uciec i nigdy nie wrócić, jednak pragnąc władzy skazałaś się na śmierć. To nasz świat nie twój!!!
   Jej krzyk poniósł się donośnym echem po całym teatrze, a sama szybkim krokiem znalazła się koło mnie. Nachyliła się zaglądając głęboko w moje oczy.
-Co chcesz osiągnąć?
   Pierwszą moją myślą była ucieczka. Chciałam stąd jak najszybciej uciec, ale co mi będzie z tego jeśli po powrocie i tak mnie zabiją. Zoe nie pomoże mi w inny sposób.
   Drugą myślą była śmierć. Może lepiej będzie jak umrę. W końcu nie będę sprawiać kłopotów ani nikogo nie zawiodę. Ale jednak ten świat mi się podoba. Ludzie są w porządku, a walka to coś do czego byłam stworzona.
   Chcę przeżyć, ale żeby to osiągnąć...
-Chcę władzy.-powiedziałam niesamowicie pewnym i nie znoszącym sprzeciwu głosem.
   Kobieta kiwnęła głową, z zrozumieniem na twarzy, a następnie mocno mnie spoliczkowała.
-Bluźnisz.
   Kolejne uderzenie.
-Jednak...szczerze mówiąc to chcieliśmy to usłyszeć. Wiesz dlaczego?-złapała moją twarz w palce, a paznokcie wbiła w moje policzki tak że popłynęła krew. -Ponieważ wygrywając z tobą przejmiemy władzę nad twoim ciałem. To ty będziesz siedzieć zamknięta w tym pojemniku.
   Szarpnęła swoją ręką i biegiem ruszyła na scenę. Popatrzyła mi stamtąd w oczy, uniosła ręce do góry i wykrzyknęła:
-Przedstawienie niech się zacznie!!!
   Ściany teatru zaczęły się trząść, a z ziemi wyrastały gabloty wypełnione bronią. Pistolety, miecze, noże, siekiery, kosy, a nawet paralizatory. Wszystkiego liczne rodzaje.
-A więc rozpocznijmy!- uśmiechnęła się szeroko- Panie i Panowie to pierwsze przedstawienie w naszym Teatrze Kwi i zapewne ostatnie, więc zajmijcie wygodnie miejsca. Na scenie ukażemy wam historię pod tytułem "Walka o władzę"! Akt pierwszy, scena pierwsza "Broń". Zaczynamy!-krzyknęła, a liny na moich dłoniach rozwiązały się pozwalając mi wstać i rozpocząć przedstawienie.
~*~
   Woda przyjemnie łagodzi ból. Oczywiście na początku piecze, jednak potem ból ustępuje i można wypocząć. Zanurzyć głowę w wodzie i się wyciszyć. Dryfować patrząc na gwiazdy. A jeszcze lepiej działało to w przypadku oparzeń.
   Spalone i nienadające się do niczego ubrania leżały na ziemi. Powoli zanurzałem się w lodowatej wodzie, oddychając z ulgą. Nie przejmując się tym jak bardzo brudna jest woda zacząłem łapczywie ją pić. Zanurzałem się co chwile by złagodzić piekielny ból pod skórą.
-Szczerze to nie spodziewałam się, że ci się uda.-oznajmiła Hilegarda siedząca na powalonym przez burzę drzewem - Znaczy się, nie chciałam cię zabić czy coś. Po prostu moją pierwszą intencją była pomoc obie, ale w głębi duszy nie sądziłam byś był zdolny do wytrzymania takiego bólu.
-Pogrążasz się- warknąłem i przemyłem włosy, które gdzie nie gdzie miały sadzę.
-Wiesz co podejrzewam, że jesteś jednym z Nowego Pokolenia.-zaśmiała się.
   Spojrzałem na nią zdziwiony i kiwnąłem głową by kontynuowała.
-Wiesz w naszym świecie również są baśnie i legendy. Takie jak Miasto Demonów, powstanie świata czy też baśń o pierwszych demonach. Sama w niektóre wierzę, a niektóre uważam za stek bzdur. Ale jest taka baśń, którą Naznaczeni opowiadają swoim dzieciom. O nowym pokoleniu. Mówi ona o grupce Naznaczonych, którzy nie pasują do żadnego ze światów. Ani do ludzi, ani do nas, ani do żadnego innego który może istnieć w tym wszechświecie. Jednak są oni niesamowicie silni i mają odmienić ten świat na lepsze. To taka głupia baśń, jednak dzieciaki marzą by być jednymi z nich. Ogólnie większość z nas sądzi, że jednymi z nich byli Jack Davis, Will, Sasha, a nawet Lili Stark, którą zapewne znasz.
-Dlaczego oni?-zapytałem mrużąc oczy w zakłopotaniu.
-Jack Davis przybył z Ameryki do Japonii, a swoimi działaniami sprawił, że Pogromcy zyskali niesamowicie na znaczeniu i sile. Był usposobieniem dowództwa. Will poświęcił się za swoją miłość. Był oddany. Sashę poniosła zemsta i to dzięki niej powstali Buntownicy, którzy przewrócili nasz świat do góry nogami. Była niepozorna, a jednak zabójcza. A Lilian... Ona najszybciej przybrała na sile. Wszystko pojmowała w niesamowitym tempie i nie było wad w jej sztuce walki. Była jak skała- nieustępliwa. Jest jeszcze kilka określeń dotyczących tej baśni, ale to tylko głupoty - uśmiechnęła się czule, jednak teraz wiedziałem, że nie mogę tak bardzo jej ufać. Jej większość uśmiechów była sztuczna.
-Mówiłaś, że mógłbym jednym z nich być. Dlaczego?
   Wyszedłem z wody i w samych bokserkach usiadłem koło demonicy, która podała mi swój płaszcz. Chciałem jej odmówić, ale ona zbyła mnie spojrzeniem i sama okryła mnie nim. Wiatr był chłodniejszy, a woda sprawiała wrażenie jednej wielkiej tajemnicy.
-Byłbyś zagubionym. Tym, który jako ostatni podejmie poprawną decyzję.
   Kiwnąłem głowie w zrozumieniu i pogrążyłem się w myślach. Czy to prawda? To Nowe Pokolenie? Czy jestem jednym z nich? Czy nadaję się w ogóle do nich?
-Nie myśl tak o tym. To tylko głupia baśń, a dwójka z nich już nie żyje. Moim zdaniem oni razem mają coś osiągnąć. I mimo, iż Will i Sasha wiele razem osiągnęli, jak i Jack oraz Lili to nie we czwórkę.
-A co jeśli nie o nich chodzi?-zapytałem i pozwoliłem jej objąć się ramieniem.
-Jacob to tylko zwykła bujda. Zauważ przynajmniej to, że patrzymy tylko na Japonię, a Naznaczeni żyją na całym świecie. Skąd wiesz, że na przykład w Francji nie żyje starsza pani, która machnięciem palca zabija dziesiątkę Buntowników. Taki ktoś może istnieć, a my o tym nie wiemy, więc po prostu przestań nad tym myśleć.
   Kobieta wstała i zeszła z pnia kierując się do plecaków leżących pod starym, zawalonym ogrodzeniem. Wyciągała z niego kilka ubrań i rzuciła je na ziemię przede mną.
-Przebierz się i idź spać. Jutro będziemy kontynuować trening. To twoja ostatnia spokojna noc, więc wykorzystaj ją. Śpij jak najdłużej, Jacobie.-uśmiechnęła się czule i podchodząc do mnie usiadła na pniu.
-Będę stać na czatach.-dotknęła ręką mojego policzka i pstrykając palcami u drugiej ręki rozpaliła ognisko, które oświetliło nasze tereny.
   Słuchając ją ubrałem ciepłe ubrania i położyłem się niedaleko ognia, który po dzisiejszych przeżyciach wcale nie wydawał mi się taki gorący. Sądziłem, że spokojnie mógłbym stanąć w jego płomieniach i nic bym nie odczuł. Ale może to jedna ze zdolności, które otrzymałem od Hilegardy? W końcu byłą demonem, który głównie posługuje się ogniem.
   Odwróciłem wzrok od ognia i spojrzałem w niebo. Ciekawe co u innych. Znajdę was. Przyrzekłem to sobie i nieważne co sprawię, że ponownie wszyscy się spotkamy i porozmawiamy jak starzy przyjaciele, czekajcie na mnie.
~*~
   Obrzeża tego miasta były niesamowite. Stoisz w suchym, parnym miastu przypominającym w jakimś stopniu Afrykę, a przed tobą znajduje się bariera za którą leje deszcz i wieje porywisty wiatr. Dom leżał pomiędzy nimi i miał wyjątkowo dziwną konstrukcję. Po stronie wolnej od deszcz u był zbudowany jak wszystkie pozostałe w mieście. Gliniany z dachem zrobionym z suchej trawy. Ale druga strona była zbudowana z czerwonej cegły i dachem z luźno położonych blach. Patrząc na ten dom na myśl przychodziło mi, że osoba mieszkająca tam musi mieć rozdwojenie jaźni.
   Daiki zapukał w drewniane drzwi czekając na odpowiedź. Zniecierpliwiony zapukał mocniej.
-Kogo niesie do cholery!? Tyle razy mówiłem wam, że nie chcę iść na to durne ognisko!? Upierdliwe..
Mężczyzna przestał patrząc na nas ze zdziwieniem. Był starszym, zgarbionym staruszkiem po którym nigdy nie spodziewałbym się takiego słownictwa. Podpierał się na lasce, a jego broda, wąsy i krzaczaste brwi przysłaniały jego twarz.
   Na początku patrzył na nas z ogromnym zdziwienie, lustrując każdego po kolei, a następnie zatrzasnął nam drzwi przed nosem.
   Daiki próbował je otworzyć, ale przez okno zauważyłem, że pod drzwi przysunięta była ławka na której spokojnie siedział starzec.
-O nie! -dobyło się zza drzwi - Tyle razy mówiłem, temu gnojowi, że nie znam drogi, to przysyła swoich dryblasów by znowu pytali. Nie to nie, wy cholery małe. Wynoście się z tej wioski i przekażcie temu idiocie, że to czego szuka to tylko cholerna bajka dla dzieci, w którą z łatwością jego mały móżdżek uwierzył, więc niech w końcu dorośnie. Ja zawsze mówiłem "bierzcie tą małą". W końcu nawet ona jest bardziej inteligentna.
   Tsukaro czerwony na twarzy i nieźle wkurzony zaczął walić w drzwi.
-Słuchaj stary prychu. Albo nas wpuścisz i spokojnie porozmawiamy, albo rozwalę te drzwi i nie będzie tak przyjemnie. Wybieraj!
   Na chwile nastąpiła cisza, a następnie starzec otworzył drzwi.
-Wchodzcie i miejmy to za sobą. Nie mam dla was za dużo czasu.
   Ruszył do środka, a my za nim pochylając się by przejść pod drzwiami. Sufit był nisko, dlatego by nie musieć ciągle się garbić usiadłem na krześle blisko wyjścia. Właściciel domu szepcząc coś pod nosem ruszył do starego dzbanka i nalał herbaty do kubka. Drobnymi krokami ruszył do starego fotela stojącego w centrum domu. Rozsiadł się na nim wzdychając i sięgając po łyk napoju.
    Tsukaro usiadł na pufie, która wyglądała jakby miała rozpaść się pod jego ciężarem. Wyobraziłem sobie jak piękny był by ten upadek i uśmiechnąłem się pod nosem. Proszę niech tak się stanie, mówiłem w myślach.
-W jakiej jesteście tu sprawie, młode cholery.-popatrzył na nas wyczekująco.
-Poszukujemy drogi do Miasta Demonów.-oznajmił czerwonowłosy.
-Miasto Demonów?- szepnął patrząc w sufit- Nie kojarzę. A teraz do widzenia!-dłonią wskazał na drzwi i niechlujnie oparł się o oparcie.
-Nie ładnie tak kłamać. Z naszych źródeł wiemy, że umiesz wskazać przynajmniej połowę drogi. To nam bardzo pomoże.-kontunuował Tsukaro.
-Najwidoczniej macie złe informacje, gnojki.
   Chłopak zacisnął dłonie w pięści, więc postanowiłem przejać pałeczkę rozmówcy.
-Pan wybaczy, ale mój towarzysz nie potrafi się dogadywać. Może zacznę od powiedzenia Panu dlaczego szukamy tego miejsca. Otóż nadchodzą złe czasu. Zapewne Pan również to wyczuwa. Można to zauważyć z zachowaniu demonów, wyczytać z gwiazd lub dużego zapotrzebowania na nowych Naznaczonych. Dodatkowo konflikt pomiędzy Pogromcami, a Buntownikami nabiera na sile i krwi, która została przelana podczas ostatniego spotkania. Podczas niej umarł Kapitan Jack Davis i teraz na jego miejscu zasiadłą Lilian Stark. By wyłądować napięcia Pani Kapitan wysłała Pogromców na wiele misji. Niektóre naprawdę są absurdalne jak mojego przyjaciela.W końcu wszyscy wiemy, że to Miasto istnieje tylko w legendach i baśniach. Ale nie można przeciwstawiać się rozkazom, więc tu jesteśmy. Jestem również pewny tego, że nasze informacje są aktualne i również wiem, że nasza obecność szkodzi temu miejscu. Ta bariera nie tylko osłania przed pogodą. Jej głównym celem jest zatuszowanie zapachu czarnej krwi. Demony nie mogą was znaleść, ale jeśli pojawią się tutaj profesjonalni Naznaczeni wiadome jest to, że bariera nie poradzi sobie z zagłuszeniem takiej mocy. W końcu znajdą tą wioskę co równa się z wielką rzęzią. Najlepiej będzie jeśli się nas pozbędziecie, a my odejdziemy jeśli dostaniemy to czego chcieliśmy. A więc droga do Miasta Demonów? Kojarzy Pan coś?-popatrzyłem na starca z wyższością, a jego oczy otworzyły się szerzej.
-Świetnie rozumujesz kurduplu. Ale ja również wam o czymś opowiem. Jeśli naruszycie ich pierwotne terytorium, które traktują jak święte miejsce to rozpoczną jeszcze większą rzeź. Zabiją wszystkich Naznaczonych. Pogromców, Samotników,  a nawet Buntowników, którzy w końcu są po ich stronie. Każde dziecko od którego wyczują czarną krew zamordują. Sam doświadczyłem ich gniewu i prawdziwej potęgi. Ja i moi przyjaciele szukaliśmy tego miejsca. Mimo, iż go nie odnaleźliśmy to byliśmy bardzo blisko. To ich za bardzo rozgniewało. Moi towarzysze, którzy byli jednymi z najlepszymi zgineli w naprawdę okrutny sposób. Przeżyłem tylko ja, dlatego bym był przestrogą dla innych. Dlatego jeśli mam wybrać rzeź tego miasta lub naszego świata, to wybieram miasto. Zginiemy razem.
   Starzec wyszedł z domu, a my osłupieni ruszyliśmy za nim. Jak to wogóle możliwe, że chce on skazać swoją rodzinę na śmierć? Czy jego poglądy naprawdę stoją tak wysoko?
-Czekaj!-zaczął Daiki, a my spojrzeliśmy na niego z wyczekiwaniem- Odejdziemy. Nie skażemy nikogo na śmierć. Wyruszymy w drogę powrotną od zaraz.
   Naznaczony uśmiechnął się smutno i ponowił swój chód. Dotarł do bariery, którą dotknął i wypowiedział cicho jakieś słowa.
-Nie ufam wam. Możecie powiedzieć, że to koniec waszych poszukiwań, jednak wyruszycie na własną rękę.-dotknął jeszcze raz bariery, a następnie uderzył w nią pięścią. Dłoń powinna przejść na drugą stronę, ale tak się nie stało- Nikt stąd nie wyjdzie.
***
Hej kochani! Oto kolejny rozdział, mam nadzieję, że wam się spodobał i czekam na komentarze. Przepraszam za błędy, bo autokorekta mi się popsuła i musiałam zatrudnić człowieka do poprawiania błędów (p.s. Dziękuje :*). Rozdział wyszedł nawet długi i akcja powoli się rozkręca więc bosko. Przy okazji życzę wam też wesołych i smacznych świąt. Niech ten czas świetnie wam minie, a nowy rok był jeszcze lepszy (więcej fanfiction!!!) Tak więc to tyle. Do zobaczenia w następnym rozdziale :)

czwartek, 26 listopada 2015

"Tęsknię: Kieren"

Przyjaciel
Podziemia
Las


    Podążając tanecznym krokiem przed siebie. Krok w tył i znów do przodu. Ramiona w dół i do góry. W rytm muzyki.
    Kolejne trzy kroki i oczekiwany okręt. Unoszę głowę, a ty śmiejesz się wesoło z mojego nieudolnego tańca. Zresztą jak zawsze w naszej drodze do szkoły. Zrównujesz się ze mną i kiwając z aprobatą głową wymijasz mnie. Uśmiecham się kącikiem ust i podążam za tobą.
Moim najlepszym przyjacielem. Osobą mi najbliższą.
    Pod murem szkoły czeka na nas reszta naszych znajomych. Bierzesz Suzy na barana i biegniesz z nią pomiędzy drzewami. Wszyscy z was się śmieją, a wy również. W końcu upadacie na ziemię, a Helen wyzywa was od idiotów. Nie przejmujesz się, a wręcz przeciwnie. Wspinasz się na drzewo, które do połowy jest pomalowane białą farbą. Biegnę do was i przeskakując na leżącą na ziemi dziewczynę wspinam się do ciebie.
    Jak zwykle zajmujemy jedną z najwyższych i najgrubszych gałęzi. Twoja ciemna karnacja idealnie komponuje się z brązowymi włosami. Na czole masz strupa z wypadku na rowerze, który zresztą sam zaaranżowałem.
    Byłeś mi najbliższy. Całe moje dotychczasowe życie, byliśmy niezmiennymi kompanami. Do czasu feralnych wydarzeń.

    Działo to się szybko. Huk rozbitej butelki. Krzyk mojego ojca, uderzenia. Kopnięcie w brzuch, twarz, plecy. Wypluwam z buzi krew, wysłuchując obelg na mój temat. Nienawidzę go.
    Pijany ojciec kopie mnie butem w twarz, a ja nie wytrzymuje. Pcham go na ziemię i sięgam po przypadkową rzecz-lampę. Uderzam z niej całą siłą w twoją głowę. I ponownie. I ponownie. I ponownie. I ponownie. I tak w kółko. Nie opamiętuje się tylko uderzam jeszcze raz. I ponownie.
    Przez cały wieczór. Do momentu, gdy moja koszula przemokła całkowicie twoją krwią.
Ocierając twarz z obrzydliwej mazi, kieruję się do łazienki. Ściągam ciuch i staje nagi pod prysznicem. Brązowa, zimna woda, spływa po moim ciele przybierając jeszcze ciemniejszą barwę.
    Jestem zaskakująco spokojny i po wysuszeniu się wiem co dalej robić. Wyciągam worki na śmieci i pakuje do nich ubrudzone obrania. Robię tak też z lampą i rzeczami ubrudzonymi krwią. Jest ich dużo, ale mam czas. W okolicy każdy ma swoje problemy. Morderstwo to tutaj chleb powszedni.
    Po spakowaniu rzeczy i zaklejeniu worków taśmą, siadam na wersalce obserwując zmasakrowane ciało. Twarz już jej w ogóle nie przypomina. Skóra odstaje po bokach, widać białe kawałki kości, wszędzie płynie krew i po bokach walają się rzeczy, które zapewne były kawałkami mózgu czy też roztrzaskaną gałką oczną. Na szyi widać poderżniętą tętnicę oraz rozszarpane żyły. Dolna część jest raczej w dobrym stanie.
    Na myśl przychodzi mi to czy by nie sprzedać sprawnych jeszcze organów na czarnym rynku, jednak szybko odpędzam tą myśl od siebie. W tym gównie nie może być nic sprawnego.
    Wzdycham i sięgam po telefon. Wybieram dobrze znany mi numer i czekam. Ty zawsze odbierasz.
-Halo?- słychać mocno zaspany głos. Musiałem cię obudzić.
Pomiędzy nami zapada cisza, a ja wsłuchuje się w szmer twoich oddechów. Dobrze słyszeć, że żyjesz.
Uśmiecham się do swoich durnych myśli i postanawiam się odezwać.
-Pomożesz mi się pozbyć ciała?
Nie śmiejesz się, nie krzyczysz, a wciąż oddychasz. Wiesz kiedy jestem poważny i zawsze wiesz jak się zachować.
-Zaraz będę.
    Nigdy mnie nie zostawiasz.

    Wykopaliśmy głęboki duł. Wokół nas było pełno robaków, ale dalej kopaliśmy. Była bezwietrzna, lecz mglista noc, a my znajdowaliśmy się w głębi lasu. Wszędzie panowała cisza, którą przerywaliśmy wyrzucając za siebie piach. Ja miałem łopatę, a ty pomagałeś mi dłoniami. Były całe brudne od piachu, jednak nie przestawałeś. Byłeś moim partnerem w tej zbrodni.
    Nic nie mówiłeś. Nie komentowałeś, ani nie zadawałeś pytań. Zapewne nigdy nie powrócisz pamięcią do tego zdarzenia. Będziesz żyć jakby nic takiego nie miało miejsca.
-Tyle wystarczy.-stwierdziłem i wyszedłem z dołu. Podałem ci dłoń, a ty ją chętnie przyjąłeś. Nasz przyjaźń nie została zachwiana.
-Tylko je zakopiemy?-spytałeś cicho i z wątpieniem.
-Nie, musimy je spalić. Pozbyć się kompletnie dowodów.
    Chwyciłem pierwszy worek i rzuciłem pod swoje nogi. To były resztki głowy. Dało się wyczuć roztrzaskaną, gładką kość i obślizgły mózg. Uśmiechnąłem się z ironią. Zapewne wyglądałem jak psychopata, ale nie mogłem się powstrzymać. W gruncie rzeczy cieszyłem się z tego co zrobiłem. I wiedziałem, że będzie to wręcz zbrodnia idealna.
    Wrzuciłeś kilka worków z kamienną twarzą, a ja zrównałem z tobą. Noga, ręka, flaki, lampa i tak dalej. Z coraz większym uśmiechem, z coraz bardziej brudnymi dłońmi.
-Przyniosę trochę suchych gałęzi.-oznajmiłeś, gdy do dołu wrzuciłem stary dywan.
Patrzyłem w ciemności na czarne, zapełnione worki. Nikt się nie dowie. To będzie nasz tajemnica. Sekret łączący nas oboje.
    Wyciągnąłem zapalniczkę i butelkę wódki z plecaka. Dól jest głęboki więc na pewno pożar się nie rozprzestrzeni. Dymu nikt nie zobaczy. Zapachu nikt nie wyczuje. Oczywiście oprócz nas. Tylko my poznamy zapach i widok palonego ciała. Wspomnienie, które będziemy wspólnie dzielić.
    Liście szeleściły pod twoimi butami, gdy się do mnie zbliżałeś. Ręce miałeś załadowane gałęziami, wiec nie zastanawiając się, odkręciłem alkohol i polałem nim zawartość dołu. Podałem ci zapalniczkę, którą odpaliłeś gałęzie i, gdy patyki spalały się średniej wielkości płomieniem rzuciłeś go pod nasze nogi.
    Początkowo czułem alkohol i dym. Następnie był zapach pieczonego mięsa, zgnilizny oraz spalenizny. Patrzyliśmy na ognień do czasu, gdy został tylko popiół. Wstałeś pierwszy i zacząłeś zasypywać naszą tajemnicę. Dołączyłem do ciebie i tym razem to ja pracowałem dłońmi.
    Porozrzucaliśmy dookoła liście i gałęzie. Łopatę podrzuciliśmy na złomowisko. Rozstaliśmy się patrząc na nasze ubrudzone ręce.
    Piachem, który symbolizował krew.

    Było dobrze. Można by powiedzieć, że świetnie. Nikt nic nie zauważył, o nic nikt nie pytał. Dni były ciepłe, jasne i pełne śmiechu naszych znajomych. Chciałem w tym trwać.
    Jak co dzień razem ruszyliśmy do szkoły. Byłeś inny. Widać było ciemne worki pod twoimi oczami jakbyś nie spał od kilku dni. Skóra lekko ci poszarzała, a ubrania które nosiłeś były pogniecione i ubrudzone. Chciałem wiedzieć o co chodzi, ale ty tylko mówiłeś "potem".
    Jak obiecywałeś "potem" nadeszło. Szybko, niespodziewanie. Staliśmy przeciwko sobie w lesie. Dokładnie pod nami był ironiczny grób mego ojca. Patrzyłem na ciebie wyczekująco z cierpliwością. Trząsłeś się i ciągnąłeś się za włosy. Chodziłeś nerwowo do przodu i do tyłu. Do przodu i tyłu. Następnie westchnąłeś i zniszczyłeś mój idealny świat.
-Musimy się zgłosić na policję. Tak nie może być. To okropne.-szepnąłeś patrząc mi prosto w oczy.
-O czym ty mówisz? Posłuchaj mnie-powiedziałem podchodząc do ciebie-wszystko jest w porządku. Nikt nic nie podejrzewa. Jest dobrze.
-Nie!! Nic nie jest dobrze! Żałuje, że ci pomogłem! Żałuję, że kopałem ten dół! Żałuje, że patrzyłem na płonące ciało!!!
Nastąpiła cisza w której patrzyłeś na mnie jak olśniony. Z szczerością i prawdą w oczach.
-Żałuję, że cię poznałem.
    Bił mnie ojciec. Znosiłem obelgi. Znosiłem widok krwi. Znosiłem naszych fałszywych przyjaciół. Dlatego, że miałem ciebie. Zawsze wyciągałeś do mnie pomocną dłoń i szczery uśmiech. Blask twego uśmiechu oświetlał mi drogę w gorsze dni. Byłeś mym autorytetem. Gdy inni mnie nie chcieli, ty robiłeś inaczej. A teraz? Wypierasz się mnie? 
-Kłamiesz.
-Nie.
-Kłamiesz!!
Wybuchłem. Teraz to ja chodziłem w kółko, ciągnąłem włosy. Nasze role się odwróciły, a ja tak bardzo chciałem uciec.
-Jesteś potworem.-powiedziałeś to szczerze, z smutnym uśmiechem i melodyjnie. 
    Czułem się jak w obcym ciele. Załamany, smutny, zirytowany i niesamowicie wkurzony. Czułem jak moje ciało się rozgrzewa, a obraz przed moim oczami otoczony był mgłą.
    Odwróciłeś się z zamiarem odejścia. Powolnym krokiem, wyprostowany, z dumnie uniesioną głową.
Nie.
    To wydarzenie pamiętam jak wspomnienie dobrego filmu. Pamięta się najważniejszy wątek i wspomina się go często. Wiele rzeczy jest przyćmionych, jednak sens pozostaje.
    Chwyciłem gałąź leżącą koło mnie. Uderzyłem cię w głowę. Mocno i ponownie. Wkładając w to wszystkie moje uczucia. Jeszcze raz. I ponownie. I ponownie. I w kółko płacząc łzami o których istnieniu nie wiedziałem. Nie możesz mnie wydać.
    Spojrzałem na twoje rozbite czoło, włosy we krwi, ubrudzoną twarz piachem. Nie poruszałeś się. Nie oddychałeś. Nie żyłeś.
Z krzykiem upadłem na kolana. Dotykając delikatnie twoją twarz.
-Jestem potworem.-szeptałem nieświadomie-Zabiłem najlepszego przyjaciela- Potwór.

    Spędziłem przy tobie cały dzień i całą noc. Kopiąc ci grób rękami i delikatnie układając cię w nim. Patrzyłem na ciebie płacząc. Wyglądałeś jakbyś po prostu spał. Marzyłem o tym byś po prostu spał. A potem się zbudził.
    Jednak to nie nastąpiło.
    Zakopywałem cię z największym bólem w sercu. Każde ziarno piachu było ciosem mocniejszym od tych zadanych przez ojca.
-Przepraszam.
    Odbiegłem nie odwracając się. Najszybciej jak potrafiłem. Z całych sił, do ich braku. Widząc przez zamglony przez łzy obraz. Biegłem jeszcze szybciej.
   W stronę starej kamienicy.
    Do miejscowego dziwaka.
    Którego sekret dobrze znałem.

    Nie pukałem. Nie dzwoniłem. Wpadłem do mieszkania przewracając czarną lampę i upadając na biały puchaty dywan. Do holu, w którym się znajdowałem wszedł mężczyzna w czarnych dresach, koszulce i chusteczce przy twarzy w którą smarkał.
-Dzień dobry?-oznajmił niepewnie.
    Podniosłem się szybko, pozostawiając za sobą piach i ślady krwi. Złapałem go za koszulkę, pchając na ścianę. Patrzył na mnie mocno zdziwiony i zaciekawiony.
-Musisz mi pomóc.-oznajmiłem twardo.-Chcę zostać jednym z tych dzieciaków.
-Nie rozumiem o co ci chodzi.-powiedział zachrypniętym głosem.
    Naparłem mocniej na niego i wręcz warknąłem.
-Dokładnie wiesz o kogo mi chodzi. Co miesiąc zabierasz parę dzieciaków do swojego mieszkania i nigdy więcej nie wracają. Chodzi o tobie wiele plotek na mojej dzielnicy, lecz ja wiem, że im pomagasz. Znam ich życie! Znam życie każdego w tym mieście zresztą jak ty! Dlatego musisz mi pomóc.
   Mężczyzna westchnął i z niesamowitą lekkością odepchnął mnie od siebie.
-Dlaczego miałbym to zrobić?
   Między nami zapadła cisza, w której wpatrywałem się w swoje dłonie. Zakrwawione i ubrudzone piachem.
-Zabiłem najważniejszą osobę w moim życiu. Nie jestem wart by chodzić po tym świecie.
-Dlatego sądzisz, że zasługujesz na tamten? Powiem ci tylko, że tam będziesz najłatwiejszym celem. Będziesz cierpieć. To nie jest świat dla ciebie.
-Dam radę!- jęknąłem.-Dam radę! Tylko proszę pomóż mi.
-Będziesz tego żałować.-westchnął, a ja wiedziałem, że udało mi się.
-Dziękuje.

    Trwało to rok. Cała moja przemiana trwała rok i była niesamowicie bolesna. Rok który spędziłem na nauce o przetrwaniu. Wysłuchując o tym, że jestem najsłabszy z nich wszystkich. Ale najważniejsze co zapamiętałem jest to, że spotkam najsilniejsze osoby na świecie. Które będą błyszczeć w moich oczach i będą pięknem tego świata. Nie wierzyłem mu. Dlaczego? Ponieważ osoba, która była niesamowicie piękna została zabita z moich rąk i spoczywała teraz pod ziemią.

-Przestań ciągnąć mnie za włosy, Daiki!
-Chciałaś powiedzieć kłaki.
-Raczej siano.
-Przestańcie jej dokuczać.
-Oj przestań ją bronić, Neko. Nasza malutka, słabiutka Lilian musi sama się tego nauczyć.
-Malutka? Gdybym ci powiedziała co jest małe...
-Przestańcie. To okropne do czego ten temat zmierza.

    Tęsknie za tobą najbardziej na świecie. Byłeś moim światłem. Zawsze mnie ratowałeś, pocieszałeś za co dziękowałem ci moim oddaniem. Zawsze będę ci oddany i szczery, dlatego muszę ci wyznać, że się myliłem.
   Są piękni.
Tęsknie i Przepraszam,
Kieren.


piątek, 6 listopada 2015

"Pusty Klawisz: Neko"

Skup się na klawiszach. Drewnianych, lecz delikatnych w dotyku klawiszach. Każdy inny, każdy wyjątkowy.
-Mógłbyś zagrać mi jeszcze raz?
Nie zastanawiając się zaczynam grać. Znam nuty na pamięć, więc zamykam oczy.
-Musisz kochać grać na pianinie. Wspaniale ci to wychodzi.
Tak naprawdę nienawidzę tego. Robię to by sprawić jej przyjemność. Ulżyć jej w bólu.
Jest inna niż kiedyś. Wtedy zabierał mnie do lasu na spacery, podczas których rozmawialiśmy, śmialiśmy się i rzucaliśmy szyszkami. Teraz milczymy i patrzymy na siebie z rezerwą. Jak obcy.
Kończę i patrzę na nią. Siedzi na bujanym krześle, w spódnicy do kostek, starym poobieranym swetrze i lekko się buja. Wygląda jak babcia mimo, iż ma niecałe 30 lat. Jej rude włosy są ścięte na krótko, a piegi i skóra wyglądają niezdrowo. Ma zapadnięte policzki i wory pod oczami, ale dalej ma żywy uśmiech. Jasny i wesoły, który poprawia wszystkim humor.
-Jak było w szkole?
Pyta się lecz wiem, że chce usłyszeć kłamstwo z mych ust, więc to robię.
-Dobrze. Zaskakująco dobrze.
-Cieszy mnie to.
Znowu patrze w klawisze, bo to lepsze niż patrzenie na jej powolną śmierć. Z boku po lewej stronie brak jednego. Zawsze mówiliśmy, że to zło tego świata, które nie zasługuje na piękny dźwięk. Teraz już wiem jak bardzo kłamała.
-Strasznie zimno i ciemno się zrobiło. Czy mógłbyś zaświecić światło i podać mi koc.
Wstaje i zapalam światło mimo, iż dopiero czternasta. Koca nie mogę znaleźć, tak więc zdejmuje bluzę i kładę na jej ramionach.
Jej oddech jest coraz płytszy, skóra traci kolor, a pod bujanym krzesłem jest coraz większa plama krwi.
-Kłamałaś.-mówię, gdy moja przybrana matka wydaje ostatni dech. -To ja jestem tym klawiszem.
Miałem dokładnie 8 lat, gdy osoba bliska mojemu sercu odebrała sobie życie przeze mnie.
~*~
Potem żyłem w sierocińcu. Zresztą ponownie. Nie miałem tu pianina, więc siedziałem zamknięty w sobie na moim łóżku. Często wyglądałem przez okno na moich rówieśników bawiących się na polu. Zazdrościłem im tego szczęścia. Bliskości drugiej osoby.
Raz próbowałem do nich zagadać. Uciekli z krzykiem i wyzwali mnie od demonów. Czy to dlatego, że wszyscy wokół mnie umierają? Dlatego, że najpierw straciłem rodziców, później przybraną matkę, a na końcu współlokatorów? To wszystko moja wina?
Pokój mam sam. Ale czy to można nazwać pokojem, gdy zamykają cię w nim przez większość czasu. To raczej izolatka. A cały sierociniec jest niczym więzienie.
Nikt ze mną nie rozmawia, a nawet na mnie nie patrzą. Przynoszą mi jedzenie do pokoju, a kąpie się w nocy, gdy już wszyscy są w pokoju. Nienawidzę tego życia, a najbardziej wszystkich rzeczy które tylko ja widzę.
Miałem 12 lat, gdy po raz pierwszy zobaczyłem demony.
~*~
Uciekłem przez okno. Wybiłem je ręką owiniętą w jedną z moich bluz. Biegłem najszybciej jak mogłem. Czułem się wtedy wolny, a zarazem jeszcze bardziej samotny niż wcześniej. Była wtedy burzowa noc, ale chciałem biec przed siebie. Tam, gdzie kiedyś był mój dom.
Nie pamiętam ile biegłem, jednak gdy dotarłem pod stary drewniany dom, przestało już padać, a dodatkowo lekko świtało. Było tam jak pamiętałem. Wokół domu był metalowy płot, pomalowany na zielono. Ogród był zarośnięty chwastami, a znajdująca się za domem szopa wyglądała jak z horroru. To był mój dom.
Wspiąłem się na płot i biegiem ruszyłem do mojego celu. Do salonu, gdzie powinien stać stary bujany fotel i czarne pianino. I było tam wszystko, tylko w o wiele gorszym stanie. Ściany zachodziły pleśnią i w kątach było mnóstwo pajęczyn. W centralnym punkcie pokoju stał zakurzony instrument i krzesło pod którym była ciemniejsza plama. Dokładnie to pamiętałem.
Usiadłem przy pianinie i zacząłem wciskać każdy przycisk po kolei. Od prawej do lewej. Tak jak zawsze.
Do czasu, aż natrafię na ciszę. Na klawisz będący mną.
Zło tego świata. Zabawne.  Jakby nie mogła go nazwać po imieniu.
Wstałem i stanąłem w futrynie drzwi, wciągając mocno zapach zniszczonego domu. Tak jak kiedyś.
Miałem 15 lat, gdy wyszedłem z mego domu i już nigdy do niego nie wróciłem.
~*~
Błądziłem. Po lasach. Po łąkach. Po miastach.
Sam. Obdarzany nienawistnym wzrokiem.
Musiałem uciekać. Czułem jak goniły nie demony. Takie prawdziwe. Nie te zmyślane przez ludzi.
Najgorzej było w nocy. Można było wtedy najmocniej wyczuć ich obecność. Zimny dotyk, przerażające szepty.
Chciałem zginąć, ale zobaczyłem wyciągniętą do mnie rękę.
Miałem 17 lat, gdy zostałem ocalony.
~*~
Jestem naznaczonym. Osobą, która należy do innego świata. Gorszego świata.
Miałem być bezpieczny, spokojny, chciany. Jednak tutaj również zostałem odrzucony.
Mówili mi, że jestem inny. Że jestem odmieńcem i tu nie ma dla mnie miejsca. Ściągałem na nich zagrożenie, a moi towarzysze ginęli na moich oczach. Znowu przeze mnie. Tak więc odszedłem.
Miałem 17 lat, gdy wyruszyłem do Japonii.
~*~
W mieście nikt mnie nie widzi. W lesie nikogo nie ma. Moja obecność jest jest jedynie wyczuwalna ze zdwojoną siłą dla  demonów. Tak więc znowu uciekam. Nie odwracając się za siebie. Nie zważając na pogodę. Nie zważając na moje uczucia i stan.
Po prostu biegłem, aż odczułem ból. Zostałem potrącony przez samochód.
Miałem 18 lat, gdy miałem ochotę się śmiać.
~*~
I znowu jestem w Pogromcach. Ludzie mijając mnie, patrzą na mnie. Słyszę rozmowy i kroki, które są piękniejsze niż wszystkie dźwięki, które potrafi wydać pianino.
Tu znalazłem mistrza, a przez niego przyjaciół. Troje osób, które mówią do mnie "Cześć", niż do innych "Demon".
Miałem 19 lat, gdy myślałem, że to już koniec.
~*~
Demony nic nie czują. Demony nic nie czują.
Chcą nas wszystkich zabić. Chcą nas wszystkich zabić.
A jednak Niegany mnie słuchają. Może to dlatego, że również przynoszę pecha. Może to z nimi powinienem zostać?
Miałem 21 lat, gdy uciekłem by znów być samotny.

***
Nie wiem czy pamiętacie, ale jest to kontynuacja przeszłości bohaterów. Mam nadzieję, że wam się podobało.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Seria 3:"Buntownicy" Rozdział 3:"Czas"

Ile człowiek ma słabości? Ogólnie co to znaczy słabość. Chodzi o poziom siły czy może lęk? A czy człowiek odczuwa ją fizycznie czy psychicznie?
Wiem co to ból fizyczny i psychiczny. Zetknęłam się z nim, a nawet doświadczyłam. Wiec czemu, gdy słyszę słowo "słabość" nie wiem do czego się to odnosi?
Co może być moją słabością? Moje lęki czy poziom mojej siły? Skąd w ogóle możemy wiedzieć czy ktoś jest słaby czy silny? Jest jakiś wskaźnik tego?
Czy jestem słaba?
-Nie wolno nie doceniać przeciwnika. Wszyscy są równi, ale jeśli chcesz wygrać to musisz go poznać. Poznać jego imię, historię i jego ciało. Gdy poznasz je wszystkie, odnajdziesz wtedy jego słabość, którą wykorzystasz i wygrasz. To najłatwiejszy i najskuteczniejszy schemat na zwycięstwo. Poznanie i pokonanie.
Wielka polana pośrodku lasu stała się miejscem naszych spotkań. Tych związanych z treningiem, a także tych związanych z teorią. Przeważnie siadaliśmy wśród wyższej trawy tak by widzieć tylko oczy i czubki swojej głowy. Oddaleni od siebie o 10 metrów. Nie musieliśmy głośno mówić by siebie słyszeć. Cisza panująca wokoło pomagała w porozumiewaniu się.
Powietrze było coraz bardziej chłodne, a niektórymi dniami musieliśmy zmagać się z potężnymi ulewami. Liście żółkły i opadały powoli na ziemię. Ile to dni minęło od mojego odejścia? Ile tygodni? Czas się nie liczył. Już dawno zgubiono rachubę czasu.
Włosy Kierena były lekko falowane od wczorajszego deszczu. Jego skóra traciła odcień letniej opalenizny, jednak wciąż była w odcieniu brązu. Oczy iskrzyły się radośnie, jednak jego mina pozostawała zimna, okrutna. Siedział zgarbiony do przodu i wyrywał kępki trawy.
-O jakie słabości ci chodzi?-spytałam cicho, a mój głos otoczyła chrypa.
Odkaszlnęłam lekko i przecierając oczy spojrzałam w górę nieba. W oddali widać było księżyc, który powoli zastępowało słońce. Był wczesny, bezwietrzny poranek. Niebo było niesamowicie piękne. Błękitne przechodzące w pomarańczowe z granatowego. Zasnute mgłą, tak bardzo piękne.
-O wszystkie. Jakie tyko zauważysz. Słabość może ukazać się w jego słowach, odruchach, poczynaniach.
Chłopak zmienił pozycję i położył się na plecach, tak, że teraz kompletnie go nie widziałam.
-Dalej nie rozumiem.-westchnęłam i niemo spojrzałam w jego kierunku.
Zirytowana tym, iż go nie widzę postanowiłam się podnieść i podejść. Trawa szeleściła z każdym moim krokiem, ale był to przyjemny odgłos.
To był przyjemny poranek.
-Wytłumacz mi na przykładach.-nakazałam i usiadłam przy jego nogach, patrząc na jego zwykła szarą koszulkę, okrytą różnymi plamami. Mogła to być krew, mogła to być ziemia, mogło to być wszystko.
Brunet podniósł się i lekko nachylił. Zgiął nogi w kolanach i oparł na nich ramiona. Westchnął, a następnie zapadła pomiędzy nami cisza. Przyjrzał się swoim dłonią, oglądając je, jakby szukał tam odpowiedzi.
Po jakiś pięciu minutach spojrzał na mnie, a potem na moje dłonie.
-Trudno to określić, jednak, gdy to będzie to, to będziesz o tym wiedzieć. Jego słabość może przejawić się w strachu przed czymś, może wspomnieć o jakimś traumatycznym wydarzeniu, które będziesz mogła wykorzystać. Może też to być jakaś stara kontuzja lub odruch. Na przykład często, gdy ktoś będzie chciał cię zaatakować z prawej najpierw przystąpi krok do przodu. Rozumiesz mniej więcej?
Ponownie spojrzał na moją twarz z pytaniem w oczach. Zacisnęłam mocniej kucyka i skinęłam lekko głową.
-Raczej mniej, ale zawsze coś.-uśmiechnęłam się, ale wiedziałam, że nie był to przekonywujący uśmiech. Był okryty smutkiem i fałszem.
Cisza która panowała wokół nas była krępująca, a zarazem przyjemna. Chciało się w niej trwać. Pozostać tak.
Odchyliłam się do tyłu i położyłam na ziemi. Chłopak zrobił to samo, a nasze nogi stykały się brudząc się nawzajem. Uniosłam ręce do góry tak jak robiłam to w dzieciństwie. Nie wiem co miało to na celu, ale czułam się wtedy beztrosko i bezpiecznie.
-Powinnaś je ściąć.-stwierdził nad wyraz głośno.-W sensie twoje włosy. Będą ci przeszkadzać w walce.
Przekręciłam się na prawy bok, patrząc na długie włosy, które w tym świetle i terenie wyglądały jak żyłki.
-Myślałam o tym. W końcu im mniej ma się siwych włosów tym młodziej się wygląda.-powiedziałam ironicznie, a chłopak uniósł się na rękach patrząc na mnie.
-Nigdy nie myślałem o nich jako o siwych. Są wyjątkowe. Przypominają mi o walce. Są srebrne niczym stał. Z daleka wyglądają jak ostrza i przypominają o nieustannej bitwie. Na pewno nie wyglądają na siwe.
Nie odpowiadałam. Nie musiałam. Woleliśmy się pogrążyć we własnych myślach niż kontynuować tą rozmowę która nie ma sensu.
Bałam się. Bałam się o swoje życie, o to, że już nigdy nie spotkam wartościowych ludzi. O to, że zabraknie mi Zoe i o to, że zawiodę Kierena. Starałam się być najlepsza uczennicą jaka kiedykolwiek mogła mu się trafić, jednak strach zawsze zaprzątał moje myśli. Jego praca pójdzie na marne, oni i tak odbiorą mi życie. Możliwe, że to on będzie tym, który będzie musiał splamić sobie ręce moją krwią.
Spojrzała na jego buty, które ocierały się o moje kolana.
~*~
-Co raz bardziej wątpię w nas.Nigdy nie znajdziemy Buntowników.-westchnąłem i oparłem się o jedno z drzew. Hilegarda odwróciła się do mnie i stojąc na baczności przyglądała w zastanowieniu. Mimo, iż było pochmurno to można było odczuć jeszcze ciepło minionego lata. Zdjąłem koszulę, którą miałem zarzuconą na podkoszulek i położyłem obok siebie. Spojrzałem na demonicę w długiej sukni i grubej pelerynie. Była ubrana elegancko, ale bardziej kojarzyło mi się to z zestawem na późną jesień bądź wczesną zimę.
-Nie jest ci gorąco?
-Demony nie czują. Znaczy nie! Źle mówię.-poprawiła się i usiadła na ziemi prostując przed sobą nogi.-My odczuwamy tylko ból i sympatię lub nienawiść do kogoś. Więcej nie czujemy.-uśmiechnęła się lekko, a ja poczułem się zainteresowany tym tematem.
-Nie czujecie nawet miłości?
-Nie. Takie coś nie istnieje w naszym świecie. To jest właśnie największa różnica między nami. Wy odczuwacie potrzeby, pragnienia, potężne uczucia i wszyscy jesteście inni. My jesteśmy tacy sami w środku, ale stwarzamy różne pozory. My demony nigdy nie będziemy bardziej ludzkie niż teraz.
Pomiędzy nami zapadła cisza, a ja zastanawiałem się jak to dalej będzie. Czy gdy dotrzemy do Buntowników przyjmą nas? Co z nami będzie? Po co w ogóle to zrobiłem? Dlaczego czuję się taki zagubiony?
-Mogę ci pomóc.-odezwała się nagle, a ja zdziwiony spojrzałem na nią z pytaniem w oczach.-W sensie jak sprawić byś nie czuł się zagubiony.
-Skąd wiesz, że tak się czuję?-przerażenie lekko mnie ogarnęło, jednak nie dałem tego po sobie poznać. Demonica była naprawdę przerażająca, mimo, iż wiedziałem, że mnie nie skrzywdzi.
-Umiem czytać w myślach.
W pierwszym momencie chciałem ją wyśmiać, a w drugim zrozumiałem, że to prawda. Najprawdziwsza prawda, a mówiła o tym jej mina, postawa oraz to, że po niej można się wszystkiego spodziewać.
-Nie żartujesz prawda?-spytałem spokojnie.
-Nie i chcę cię tego nauczyć.
Podniosłem wzrok patrząc na nią z niedowierzaniem.
-Możesz mnie tego nauczyć?
-Oczywiście. Widzisz więź między człowiekiem a demonem polega również na tym, że możemy przekazać odpowiedniemu partnerowi jedną naszą umiejętność. Jedną przez cały nasz żywot, a ja sądzę, że ty jesteś odpowiedni.
-Dlaczego?
-Ponieważ nie zaatakowałeś mnie, gdy dowiedziałeś się kim jestem, nie uciekłeś i mimo, iż nie wyglądasz to masz na głowie więcej problemów niż niejeden z nas. Ta zdolność ułatwi ci życie, ale pamiętaj, że jest to broń obusieczna. Pomaga i komplikuje. Wszystko zależy od tego jak ją wykorzystasz.
Czytanie w myślach. Czy potrzebuje tego? Mój umysł mówił: TAK!!! To rozwiąże twoje problemy. Sprawi, że będziesz podejmować szybciej decyzje, które będą dobre. Miej na głowie i lepsze samopoczucie. Przewidzenie ruchów przeciwnika....przewidzenie ruchów przyjaciół.
Serce zaś mówiło: nie. Tylko tyle. Nic więcej.
Spojrzałem w górę. Drzewo o które się opierałem było wysokie i potężne. Gałęzie przysłaniały niebo, sprawiając, że pojedyncze promienie słońca przedostawały się wśród żółtych liści. Drzewo było piękne, silne, a liście sprawiały wrażenie różnych, wyjątkowych i idealnych.
-Tak, chcę tego.- szepnąłem i poczułem jak mój los został przypieczętowany. Poczułem się jakbym był tym drzewem.
Demonica uśmiechnęła się i wyciągnęła do mnie rękę.
-Wypij z butelki wodę do połowy i daj mi ją.
Z lekkim zawahaniem odkręciłem butelkę i zamiast wypić, wylałem połowę zawartości na ziemię. Podałem jej butelkę, a ona zaśmiała się i rozcięła pazurami wewnętrzną stronę swojej prawej dłoni.
-To troszkę potrwa.-oznajmiła z uśmiechem, który sprawiał we mnie niepokój i przerażanie. Ściskała dłoń nad butlą, a krople......a raczej ciągły strumień jej krwi zaczął zapełniać butelkę.
Napełniała ją jakieś pięć minut, następnie wstrząsnęła, powiedziała coś w języku demonów i podała mi pojemnik zapełniony czerwonym płynem.
-Masz wypić to do zachodu słońca, lepiej już zacznij.
Przyłożyłem butelkę do ust i spojrzałem jeszcze raz na Hilegardę. Patrzyła na mnie z żądzą krwi, jej szeroki uśmiech pokazywał wielkie ostre zęby z pomiędzy których wystawał czasami długi, giętki język.
W tym momencie wyglądała jak prawdziwy demon.
Zamknąłem oczy i napełniając usta przełknąłem płyn.Moje ciało płonęło. Dosłownie wyrzuciłem butelkę, którą ona zgrabnie złapała i zacząłem krzyczeć z bólu. Czułem i widziałem wszędzie płomienie, które nie chciały się ugasić. Krzyczałem z cierpienia, z oczu ciekły mi łzy. Patrzyłem na nią, przez zamazany obraz, a ona tylko szerzej się uśmiechała.
-Lepiej spiesz się Jacobie. To zachodu słońca zostały niecałe trzy godziny, a jeśli nie zdążysz....twoje ciało zmieni się w proch.-zaśmiała się jeszcze głośniej i położyła koło mnie butelkę.
Patrzyłem na jej zamazany obraz z niedowierzaniem, cierpieniem i załamaniem. Nawet ona chce mnie zniszczyć? Nawet ta, która miała być mym ratunkiem?
Zacisnąłem mocniej zęby. Prawą dłonią waliłem z bólu w ziemię, a lewą sięgnąłem po butelkę.
Choć raz nie dam im tej satysfakcji.
~*~
Wyobraźcie sobie gliniane domki z dachem zrobionym z suchej trawy. Dookoła nie ma żadnych roślin. Tylko domki i piach. Powietrze jest parne i słone. Obraz jest lekko zamazany przez gorąc bijący od ziemi. Na myśl przychodzi upalne lato, lecz jeśli się odwrócisz to trzydzieści metrów dalej zobaczysz deszcz spadający z nieba. Trawa lśni, a drzewa uginają się pod siłą potężnego wiatru. Słuchać szum ulewy i uczuć zapach petrichoru. Złote liście upadają co chwile na ziemię umazaną błotem. Myślisz o jesieni.
Miasteczko do którego dążyliśmy było latem, a okrutny świat nas otaczający jesienią, która tu nie dociera. To co mówię może wydać się dziwne i nienormalne jednak takie było. Było piękne.
Powróciłem wzrokiem do domków, a w oddali ujrzałem małe dzieci kopiące piłkę i śmiejące się głośno. Wszystkie ubrane w spodenki bez koszulek, nie zwracające uwagi na to w jak pięknym mieście żyją. Ale dzieci takie są. Skupiają się tylko na zabawie, rozumieją rzeczy proste i są całkowicie bezbronne.
-Nie lubię dzieci.-szepnąłem do siebie i spojrzałem na Daikiego pukającego do drewnianych drzwi, jednego z domu.
Przeczesałem włosy, które były mokre od deszczu i potu. Westchnąłem patrząc na swoje ulubione buty ubrudzone błotem. Nienawidzę deszczu.
Tsukaro rozmawiał z kobietą która mogła mieć maksymalnie 45 lat. Uśmiechała się do nas przyjaźnie i żywo odpowiadała na pytania, mocno gestykulując. Najwidoczniej dorośli również zatrzymali się w rozwoju.
Uśmiechnąłem się krzywo do swoich myśli i podszedłem do rozmawiającej pary.
Kobieta życzliwie się do mnie uśmiechnęła i lekko przytuliła.
-Musicie iść ciągle prosto, aż dojdziecie do pola z przygotowanym stosem drewna na wieczorne ognisko. Tam skręcicie w prawo i będziecie iść w stronę bariery wyjściowej z oazy. Dom Udo leży na granicy, a wokół niego czuć zapach palonej trawy, więc na pewno go nie przegapicie.-uśmiechnęła się szeroko, a my odpowiedzieliśmy jej uśmiechem pełnym rezerwy.
-Dziękuje za pomoc. To naprawdę ważne informacje.-czerwonowłosy ukłonił się lekko, a ja zacząłem się zastanawiać od kiedy zrobił się taki miły.
-Oczywiście mam nadzieję, że zostaniecie z nami jakiś czas i musicie zjawić się na wieczornym ognisku. Szykuje specjalny przysmak naszego miasta, więc nie możecie go przegapić. Jest niesamowicie pyszny.
Obydwoje się zaśmiali, a z uniesionymi brwiami obserwowałem sztuczną osobowość Daikiego, który próbowała zdobyć informacje.
-Jeszcze raz dziękuje za wszystko, jednak nie jestem pewny czy będziemy mieć czas. A teraz jeżeli pani pozwoli musimy się zbierać.
-Och, tak. Nie zatrzymuje.-spojrzała na nas z czułością, a ja zauważyłam, że kobieta ma niesamowicie czerwone usta, które ładnie komponowały się z jej ciemną karnacją i długimi prostymi włosami.
Skinąłem jej głową na pożegnanie i ruszyłem za Daikim, który szedł drogą opisaną przez kobieta. Zrównałem z nim krok i zastanawiałem się o czym by rozpocząć rozmowę, bo cisza w której podążaliśmy była naprawdę krępująca.
-A więc Uto ma nam powiedzieć, którędy do Miasta Demonów, tak?
-Nie, on ma nam wskazać jeden z dwóch kierunków, którymi powinniśmy dojść do Miasta. To czyn nam się uda to już nasza sprawa. Mam w plecaku kilka książek, które mogą nam wskazać drogę.
-Aha, rozumiem.
Ponownie zamilkliśmy i podążaliśmy w ciszy przed siebie. Kilka osób, które nas mijało machało nam radośnie, bądź nawet podchodzili i przytulali nas. Wokół nas panował gwar rozmów i śmiech oraz wesołe krzyki dzieci.
-Tam.-wskazał głową czerwonowłosy przed siebie.
Przed nami znajdowało się miejsce ogniskowe. Mężczyźni ustawiali stos z gałęzi, które przynieśli z lasu. Dzieci biegały wokół nich, a kobiety, które siedziały trochę z boku, kroiły mięso i gawędziły.
Nie mogłem odnaleźć się w tym miejscu. Wszyscy ci ludzie żyli w zgodzie z magią i ze spokojem znosili fakt, że na świecie istnieją osoby takie jak naznaczeni oraz demony. Nie byli wszyscy naznaczeni, jednak ich przodkowie, którzy założyli to miasto tak. Żyli szczęśliwie i beztrosko, kiedy my żyjemy w świecie okrutnym, ciągle przygotowani do walki.
To nie było miejsce dla mnie. Miejsce dla mnie to stary, opuszczony magazyn, w którym byłem bezpieczny. Może i doskwierała mi samotność, ale wiedziałem, że lepsze to niż bycie ranionym wśród ludzi.
Zatrzymałem się przed stosem, czekającym na wieczór. Jakiś mężczyzna podniósł jednego z chłopców biegających wokoło. Dziecko śmiało się radośnie, gdy ten posadził go sobie na baranach i zaczął biegać wśród dzieci, które pobiegły za nimi. Krzyczały i śmiały się wesoło, a gdy ktoś upadł, nie przejmował się tym i ruszał dalej.
-Wszystko w porządku?
Odwróciłem się do dziewczyny, która trzymała rękę na moim ramieniu. Mogła mieć jakieś 23 lata, czyli zbliżona wiekiem do mnie. Była mulatką o gęstych, kręconych, czarnych włosach i dużych brązowych oczach. Była niższa ode mnie o głowę oraz szczupła ubrana w przewiewną białą sukienkę z frędzlami. Typowy wygląd tutejszych dziewczyn.
-Tak, dlacze..
Nie zdążyłem dokończyć, bo położyła swoją ciepłą rękę na moim policzku i prawie, że krzyknęła.
-Jak można być takim bladym i chudym. Musisz coś zjeść, bo się rozchorujesz.
Popatrzyłem nad jej głową na mojego partnera, który nie zwracając uwagi na moją nieobecność ruszył w prawo, w kierunku naszego celu.
-Wybacz, ale spieszę się.-uśmiechnąłem się lekko, a ta zmarszczyła brwi.
-Nie jesteś stąd, prawda? Dla nas czas się nie liczy. Ale wróćmy do twojego zdrowia! Na pewno wszystko w porządku? Strasznie zbladłeś.
-Ja nie choruję.-oznajmiłem i próbowałem ją ominąć, jednak ta uparcie zastawiała mi drogę.
-Jak to nie chorujesz? Nie! Jesteś naznaczonym? Zawsze chciałam kogoś takiego poznać! Mój dziadek też był naznaczony. Należał do Pogromców, ale wraz z przyjaciółmi wystąpili i postanowili założyć to miasto. Co o nim sądzisz? Ja osobiście je uwielbiam. Tu się wychowałam i tu chcę założyć rodzinę, ale zawsze marzyłam by zostać wojowniczką. Czy w moim wieku może pojawić się jeszcze znamię? Jak myślisz jaka była by moja broń ze względu na mój charakter?
Oszołomiony patrzyłem na nią. Zawsze wiedziałem, że kobiety mnóstwo mówią, ale że aż tyle. Dziewczyna otwierała usta by znowu coś powiedzieć, jednak zatkałem jej buzie ręką.
-Posłuchaj bardzo się spieszę, więc może pogadamy kiedy indziej. Mój przyjaciel mi zaraz ucieknie.-westchnąłem, szybko zerwałem rękę z jej buzi, gdy ta mnie po niej polizała.
Z obrzydzeniem wytarłem rękę w spodnie, a ona się zaśmiała.
-Przepraszam i pozwolę ci odejść pod jednym warunkiem.
Przewróciłem z irytacją oczami i popatrzyłem na nią wyczekująco.
-Mam cię zobaczyć na ognisku i odpowiesz mi na te pytania.
Spojrzałem na nią ponownie i spróbowałem wyminąć, a ona znowu zastąpiła mi drogę. Zirytowany pokiwałem głową i powiedziałem tak.
Ruszyłem biegiem za towarzyszem i, gdy byłem wystarczająco daleko od niej krzyknąłem:
-Tak, ale nie obiecuję.
***
Rozdział nudny i trochę nieudany, gdyż dawno nie pisałam. Mam nadzieję, że choć trochę się wam spodoba i obiecuję poprawę!!!

niedziela, 18 października 2015

Jestem okrutna!!!

Tak bardzo przepraszam za zaniedbanie tego bloga!!! Jakoś nie miałam ochoty ostatnio nic pisać i okazało się, że to ostatnio trwa już jakieś 3 miesiące. Rozumiem jeśli większość z was już o mnie zapomniała i naprawdę przepraszam. Od teraz będę wszystko nadrabiać, a zaczęłam od zmiany szablonu i aktualizacji zakładki bohaterów. Zawiera ona teraz dokładniejsze informacje i mnóstwo spoilerów, więc czytasz na własną odpowiedzialność. Obiecuję poprawę, a do skończenia następnego rozdziału została mi połowa, więc do zobaczenia wkrótce.